Jeśli lubisz filmy o Jamesie Bondzie, nie musisz czytać tego tekstu. Polecam go bowiem tym, którzy nie przepadają za "bondami" i nie rozumieją konwencji tych filmów. Jeśli znasz kogoś takiego, pokaż mu to, co poniżej napisałem.

Gdy idziesz do kina na Jamesa Bonda, nie spodziewaj się filmu dokumentalnego (tzn. takiego, w którym wszystko jest na serio), ale nie myśl też, że jest to gatunek SF (Bond przecież nie jest kosmitą :-)). Musisz wiedzieć, że z Jamesem Bondem jest jak z Hummerem, który nie jest ani ciężarówką (za mała ładowność), ani typowym samochodem terenowym (za duża masa i wymiary, żeby nim jeździć trzeba mieć prawo jazdy na samochody o masie powyżej 3,5 tony) - Hummer jest po prostu klasą sam dla siebie (czyt. pojazdem wojskowym). Tak samo "bond" nie jest ani komedią sensacyjną, ani filmem akcji - "bond" po prostu stanowi oddzielny gatunek kina, który rządzi się własnymi (następującymi) prawami:
po pierwsze primo :-), "bondy" powstały na podstawie książek Iana Fleminga, który stworzył postać agenta 007 takiego, a nie innego, i tej konwencji trzymają się aktorzy grający Bonda oraz scenarzyści: zarówno ci, którzy pisali scenariusze na podstawie powieści, jak i ci, którzy stworzyli je sami. Tak więc konwencja "bondów" została "narzucona" przez Fleminga.
James Bond to nie Terminator T-1000 po drugie primo, filmy o przygodach superagenta nie są filmami, w których wszystko jest na serio. James Bond jest postacią realną i jednocześnie nierealną. Realną dlatego, że jest zwykłym człowiekiem (a nie Terminatorem T-1000), a nierealną dlatego, że jak na zwykłego człowieka ma niesamowitego farta, z każdej sytuacji wychodzi bez zadraśnięcia, a wszystkie karkołomne wyczyny, z których przeciętny człowiek nie wyszedłby z życiem, wykonuje z niespotykaną sprawnością fizyczną i "lekkością", jeśli można użyć tego słowa w przypadku Bonda. Po prostu niesamowite rzeczy w wykonaniu agenta 007 stają się bardzo realne, choć nadal patrzymy na nie z przymróżeniem oka. Tak samo ma się rzecz z gadżetami wykonanymi przez wydział Q - są one nierealne, ale gdy oglądamy je na ekranie traktujemy je jak coś normalnego.
po trzecie primo, James Bond jest postacią pokolorowaną podobnie jak otaczający go w filmach świat. Wszystko jest albo białe, albo czarne, cechy poszczególnych bohaterów są "wyolbrzymione". Dlatego w prawie każdym filmie powtarza się motyw, gdy 007 poprawia sobie krawat (jak na zdjęciu obok), co ma pokazać, że James Bond jest porządnym facetem. James Bond zawsze poprawia sobie krawat Podobnie przyjaciele agenta "pokolorowani" są na biało. Natomiast jego przeciwnicy zawsze przedstawiani są w czarnych barwach. Aby od razu było widać kto jest dobry, a kto zły w filmach pojawiają się charakterystyczne cechy, np. Dr No ma dłonie z metalu, które miażdżą wszystko, Blofeld jest łysy i ma bliznę na twarzy, Alec ma pocharatany policzek, a "ruscy" zawsze dzwonią z czerwonych telefonów; każdego przeciwnika można poznać po twarzy. Dobrzy natomiast noszą jasne garnitury, jak np. Felix w Dr No i po twarzy widać, że są w porządku. W "bondach" od razu wiemy kto jest dobry, kto zły, a kto kompletnie stuknięty. Bo nie o to chodzi, żeby 007 szukał swojego przeciwnika (Bond nie jest detektywem czy tropicielem, lecz tajnym agentem do zadań specjalnych). On zawsze wie, że ten i ten jest zbójem, i to właśnie jego ma zlikwidować. A zbój wie, że Bond jest Bondem, nawet jeśli podszywa się pod kogoś innego, i że dostał zadanie zabicia go. Oglądając film wiemy jak się on skończy, jesteśmy tylko ciekawi co nowego zrobi Bond aby pokonać swojego szalonego wroga.
po czwarte primo, wyżej opisana konwencja dotyczy wszystkich "bondów", dlatego, gdy już obejrzysz jeden film wiesz jak będą wyglądały pozostałe - za każdym razem to samo, tylko w innym "opakowaniu", a i tak nigdy się nie nudzi - i to jest właśnie potęga Bonda i "bondów". Fleming pisząc swoje książki, tworzył z nich jedną całość - "kronikę" przygód superagenta, w których schemat jest zawsze ten sam: Bond dostaje zlecenie zlikwidowania szalonego terrorysty, który chce zawładnąć światem; w walce z nim i jego pomocnikami pomagają mu różne gadżety i napotkane dziewczyny. Schemat ten obowiązuje także w filmach - zwłaszcza w tych nakręconych na podstawie opowiadań Fleminga (czyli do W obliczu śmierci włącznie), bo w następnych filmach można zaobserwować czasem jakieś "odchyły" od tej recepty, które jednak nie zrywają z "bondowską" konwencją.

Kojot spada w przepaść :-(Podsumowując - filmowe przygody Jamesa Bonda trzeba oglądać z przymróżeniem oka, tak dla zabawy i nie dopatrywać się w nich elementów charakterystycznych dla kina akcji, filmu kryminalnego, przygodowego czy komedii sensacyjnej. Oglądając "bondy" trzeba przyjąć pewną konwencję, w której są one realizowane. Tak samo, jak oglądając kreskówki z Królikiem Bugsem: dlaczego śmiejemy się, gdy kojot chamując przed przepaścią, zatrzymuje się tuż za jej krawędzią, potem stojąc w powietrzu zastanawia się co zrobić i dopiero po chwili spada na dół? Dlatego, że z góry zakładamy, iż jest to tylko wymysł rysownika i nie ma tu nic z rzeczywistości. Ośmielę się stwierdzić ;-), że filmy o Bondzie są taką właśnie kreskówką/komiksem i trzeba je oglądać jak kreskówkę/komiks.