|
To pytanie pada bardzo często i każdy ma na nie inną odpowiedź. W filmach z oficjalnego cyklu w roli Jamesa Bonda wystąpiło w sumie pięciu aktorów - każdy z nich, tzn. Sean Connery, George Lazenby, Roger Moore, Timothy Dalton oraz Pierce Brosnan, ma swoich zwolenników i przeciwników, a to dlatego, że każdy grał postać agenta 007 inaczej, po swojemu, choć zachowując pewną konwencję stworzoną przez Iana Fleminga:
|
Sean Connery = Bond silny, zdecydowany i poważny, który pracę agenta traktuje bardzo serio. |
|
George Lazenby = Bond zwykły człowiek, który ma uczucia, ale jest odważny i świetnie radzi sobie w bójkach, pracę traktuje... jak pracę. |
|
Roger Moore = Bond "babiarz" z bardzo, bardzo dużym poczuciem humoru, który pracę traktuje jak świetną zabawę i okazję do poznania pięknych kobiet. |
|
Timothy Dalton = Bond zwykły człowiek, trochę uczuciowy i bardzo odważny, pracę traktuje poważnie, ale jest lojalny także swoim zasadom. |
|
Pierce Brosnan = Bond odważny, szarmancki dla kobiet, z poczuciem humoru, który pracę traktuje z dystansem. |
Gdy w 1962 roku pierwszy film o agencie 007 pt. Dr No wchodził na ekrany kin, postać Jamesa Bonda nie była jeszcze tak popularna jak dziś, nikt więc nie porównywał kreacji Seana Connery`ego z postacią opisaną w książkach Iana Fleminga - dlatego mówi się, że to Connery stworzył filmowego Bonda, zadecydował jaki on będzie. Nie jest to do końca prawda, ponieważ nie da się ukryć, że filmowy Bond odziedziczył wiele cech po książkowym Bondzie. Nie zmienia to jednak faktu, że Connery miał ułatwione zadanie - nie porównywano go z postacią z książek... Mało tego - uznano, że to właśnie on jest wzorem.
Więc, gdy w roku 1968 w filmie W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości w głównej roli wystąpił George Lazenby krytycy od razu porównali go z Connerym, a że jego interpretacja różniła się od interpretacji pierwszego odtwórcy, australijskiego aktora z góry skazano na przegraną. Na nieszczęście Lazenby`ego pierwszy film, w którym przyszło mu zagrać był oparty na powieści, w której Bond... zakochuje się (!), bierze ślub (!!) i rzuca robotę (!!!). Za "wycięcie takiego numer" Lazenby natychmiast wyleciał bez szansy na pokazanie w następnym filmie co potrafi (a szkoda... w końcu to nie jego wina, że Fleming napisał taką powieść).
Do następnego filmu udało się jeszcze raz namówić Connery`ego.
Potem w roku 1973 rolę Jamesa Bonda dostał Brytyjczyk Roger Moore, który (głównie za sprawą dużej dawki humoru jaką wniósł do "bondów") od razu zyskał grono zwolenników, zwłaszcza wśród widzów twierdzących, że tego właśnie brakowało w poprzednich częściach serii, które i tak nie były filmami "na serio". Uznanie dla Moore`a rosło proporcjonalnie do wspomnianej dawki humoru, która z filmu na film zwiększała się osiągając apogeum w najbardziej komediowo-parodiowej części serii - Moonrakerze (możemy dopatrzyć się tu nawiązań do Gwiezdnych wojen, Bliskich spotkań trzeciego stopnia czy Siedmiu wspaniałych). Roger Moore tak bardzo podobał się widzom, że Bonda grał aż do 1985 roku (miał wtedy 58 lat!). W końcu stwierdzono, że jest już za stary.
Czwartym odtwórcą agenta 007 został aktor, którego już wcześniej próbowano namówić do tej roli, czyli Walijczyk Timothy Dalton. Bond w jego interpretacji jest najbardziej podobny do Bonda stworzonego przez George`a Lazenby`ego - mimo to Dalton od razu zyskał poparcie widzów. I z pewnością zagrałby w więcej niż dwóch filmach, gdyby nie problemy producentów, których efektem była 6-letnia przerwa w produkcji "bondów" i zerwanie kontraktu z Daltonem.
Gdy te 6 lat minęło, w roku 1995 James Bond powrócił z twarzą Pierce`a Brosnana. Aktor miał bardzo trudne zadanie: musiał zmierzyć się z poprzednimi odtwórcami Bonda i jednocześnie dopasować tę postać do dzisiejszych czasów. Na pytanie jak wyobraża sobie Bonda XX wieku, Brosnan odpowiedział: Wszedłem na ring, na którym królował Sean Connery. Wiedziałem, że to on jest numerem jeden - to on stworzył Bonda, na którym się wychowałem. Oczywiście miałem ochotę z nim rywalizować, ale jednocześnie nie chciałem, żeby mnie to zaślepiło, zależało mi na tym, żeby pójść własną drogą, a nie tylko inną niż Connery. Musiałem zmierzyć się z legendą 007 i w pewnym sensie stworzyć go od nowa, musiałem stworzyć Bonda na swój własny użytek. Zadałem sobie pytanie: jak bym się zachowywał, gdybym był tym człowiekiem? James Bond jest świetnie wyszkolony, ludzie go szanują, jest samotnikiem, potrafi poradzić sobie w każdej sytuacji, nie lubi zabijać, ale zabija, jeśli jest do tego zmuszony. Starałem się uczynić go człowiekiem z krwi i kości - a to może być bardzo niebezpieczne, kiedy ma się do czynienia z postacią fikcyjną. Mimo wielkiej presji ;-), Pierce Brosnan poradził sobie z tym zadaniem świetnie - zagrał agenta z krwi i kości, ale zachował dystans do granej postaci. Jego Bond natychmiast zyskała uznanie widzów. I nawet klasycy kina - ci, którzy zawsze uważali, że to Connery jest "niedoścignionym wzorcem", powoli skłaniają się ku Brosnanowi. Trzeba dodać, że córka Rogera Moore`a również uważa Brosnana za najlepszego Jamesa Bonda.
Ale wracając do pytania: Który aktor był najlepszy w roli Bonda? Jak już pisałem klasycy kina za najlepszego Bonda uważają Connery`ego, ale powoli skłaniają się ku Brosnanowi. Spora część widzów wciąż uważa, że to Roger Moore jest numerem 1 i że jego 007 z poczuciem humoru najlepiej pasuje do konwencji filmów. Wśród widzów, którzy przepadają za zwykłym Bondem większe powodzenie ma Timothy Dalton niż George Lazenby. Natomiast młodsza widownia najbardziej lubi Brosnana, który zagrał Bonda mniej schematycznego, a bardziej współczesnego.
A moje zdanie jest jeszcze inne... :-)
Najpierw uważałem, że Brosnan jest najlepszy w tej roli (nawiasem mówiąc, to po filmie GoldenEye zachorowałem na Bondomanię ;-)). Potem obejrzałem wcześniejsze części serii i doszedłem do wniosku, że to przecież Connery i Moore stworzyli legendę 007 - Bonda w wykonaniu zarówno pierwszego, jak i drugiego aktora bardzo polubiłem i mimo, że te dwie interpretacje są tak różne, nie potrafię powiedzieć która jest lepsza. Później zobaczyłem filmy z Daltonem i Lazenbym. I o ile Dalton od razu zyskał moje uznanie, o tyle film z Lazenbym początkowo uważałem za jakiś nieudany... Ale po obejrzeniu trzeci raz W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości doszedłem do wniosku, że to co zazwyczaj zarzuca się temu aktorowi, nie było zależne od niego (przecież to nie jego wina, że Fleming napisał o tym jak Bond się rozkleja, zakochuje itd.) i polubiłem także jego.
Moim zdaniem nie ma najlepszego odtwórcy roli Jamesa Bonda, nie można go wskazać, bo każdy aktor grał tę postać inaczej (tak samo jak nie potrafię wybrać ulubionego samochodu - Porsche czy Hummer?... O to jest pytanie! :-)). Każdy z nich ma swoje plusy: Seana Connery`ego lubię za stanowczość i zimną krew, George`a Lazenby`ego za to, że dał Bondowi uczucia, za to, że świetnie walczy (chyba najlepiej) i nigdy nie rezygnuje, Rogera Moore`a za humor który wniósł do filmów, Timothy`ego Daltona za to, że nadał Bondowi bardziej ludzkie oblicze (bardzo podobało mi się gdy w filmie W obliczu śmierci Bond w czasie akcji na Gibraltarze zszedł do jednego z zabitych przez zdrajcę kolegów, pochylił się nad nim i gdy po chwili zeskoczyła na niego małpa, przestraszył się... jak normalny człowiek) i za to, że nie wykorzystuje kobiet jak przedmiotów, Pierce`a Brosnana za szarmanckość, dystans do granej postaci, za to, że jego Bond jest z krwi i kości oraz za to, że gadżety traktuje jak zabawki z dzieciństwa (przykładem tego może być np. scena pościgu BMW 7 po wielopiętrowym garażu: 007 wysypuje w niej gwiazdki, które przedziurawiają opony przeciwników, ale po jakimś czasie sam w nie wjeżdża, naciska więc odpowiedni przycisk na komórce i opony natychmiast się pompują, wtedy właśnie widzimy na twarzy Bonda uśmieszek typu Znowu mi się udało!; albo drugi przykład: Q demonstruje Bondowi BMW 7 sterowane komórką, ale jeżdżenie nie zbyt dobrze mu wychodzi, potem Bond bierze komórkę i po kilku sekundach efektownej jazdy z poślizgami parkuje auto tuż przy Q - i znowu ten sam uśmieszek).
Słyszałem też opinię, że tak naprawdę najlepszym Jamesem Bondem byłby aktor, który łączyłby w sobie cechy wszystkich odtwórców 007. Moim zdaniem, dobrze że nie ma takiego jednego uniwersalnego wzorca Bonda, że każdy aktor gra go po swojemu - bo gdyby George Lazenby, Roger Moore, Timothy Dalton i Pierce Brosnan zagrali Bonda dokładnie tak samo jako Sean Connery byłoby to strasznie nudne!!! Tak samo byłoby gdyby cały czas grał go np. tylko Sean Connery - również bylibyśmy tym znudzeni, nie mówiąc już o tym, że Bond byłby już staruszkiem... :-) Sorry, Sean!
Poza tym "bondy" (przynajmniej dla prawdziwych Bondomaniaków) są filmami, które można oglądać nieskończoną ilość razy - więc jeśli ktoś uprze się przy jednym z aktorów grających superagenta, może go oglądać kiedy tylko zechce... :-)
|